Konrad Białecki

Represje wobec zbuntowanego miasta – śledztwa i procesy

Ponurą zapowiedzią represji jakich mogą się spodziewać obywatele zbuntowanego Poznania ze strony władzy Ludowej były słowa które padły 29 czerwca z ust ówczesnego premiera Józefa Cyrankiewicza, że każdy kto podniesie rękę na władzę ludową może być pewien, że ręka ta zostanie mu „odrąbana”. Surowymi karami groził także następnego dnia na pogrzebie ofiar ówczesny sekretarz KC PZPR Edward Gierek. Pierwszych zatrzymań dokonywali, jeszcze w trakcie tłumienia protestów, żołnierze LWP. Następnie, w nocy z 28 na 29 czerwca funkcjonariusze UB i MO przeprowadzili zakrojoną na masową skalę akcję mającą na celu wyłapanie najbardziej aktywnych uczestników Poznańskiego Czerwca. Działania te kontynuowano, już na mniejszą skalę, jeszcze przez kilka tygodni od zakończenia walk. Według jednego z raportów UB, do 8 sierpnia zatrzymano łącznie, w związku z wydarzeniami Poznańskiego Czerwca, 746 osób. Wobec 323 z nich zastosowano areszt i wszczęto śledztwo, pozostałych, po przesłuchaniach, zwolniono. Spośród aresztowanych oskarżono łącznie 50 osób. Jak zapewniał ówczesny prokurator wojewódzki Ludwik Zboralski, „Aresztowane zostały jedynie te osoby, które wykorzystując manifestację robotniczą, dopuściły się przestępstw przewidzianych w naszym ustawodawstwie karnym, a to rozbojów, rabunków i napadów na gmachy i instytucje publiczne i poszczególne osoby”. Słowa te były zapowiedzią taktyki, którą przyjęły władze w kolejnych tygodniach i miesiącach. Oficjalna propaganda, oraz przedstawiciele władz różnego szczebla podkreślali, że w czerwcu 1956 r. doszło w Poznaniu do, w dużej mierze uzasadnionego ówczesną sytuacją społeczno¬-gospodarczą, zrywu robotniczego, który posłużył grupce kryminalistów i degeneratów do podjęcia działań o charakterze bandyckim i chuligańskim. Takie postawienie sprawy wynikało najprawdopodobniej z uświadomienia sobie przez rządzących, że nie sposób osądzić kilkudziesięciu tysięcy ludzi, którzy 28 czerwca wyszli na ulice. Mogło być też wynikiem toczących się w KC PZPR rozgrywek i przewartościowań, które miały znaleźć swój finał w Październiku 56`. Rezygnacja z karania za branie udziału w strajku i demonstracji miała też na celu potwierdzenie lansowanej przez propagandę tezy, że to nie robotnicy, ale „elementy chuligańskie i kryminalne” wystąpiły przeciwko władzy ludowej.
W trakcie prowadzonego przez UB śledztwa okazało się, że kilka apriorycznych założeń przyjętych przez przesłuchujących w początkowej fazie śledztwa nie znalazło potwierdzenia w faktach. Nie potwierdziły się choćby teza o istnieniu „zakonspirowanego ośrodka kontrrewolucyjnego” inspirującego poczynania robotników, czy przekonanie o wpływie zachodnich ośrodków dywersyjnych na wydarzenia poznańskie.
Rozpoczęcie zapowiadanych początkowo na koniec lipca procesów stopniowo przesuwano. Jedną z przyczyn były przeciągające się śledztwa. Inną była obawa o skutki, które mógłby wywołać widok podsądnych noszących wyraźne ślady pobicia. Warto w tym miejscu nadmienić, że fizyczne znęcanie się nad zatrzymanymi było powszechną praktyką stosowaną przez funkcjonariuszy MO i UB. Chciano więc najpierw, aby wszelkie ślady „łamania socjalistycznej praworządności” zniknęły z ciał oskarżonych. Jednemu z aresztowanych zaproponowano nawet operację złamanego nosa. Z czasem podsądnych zaczęto lepiej odżywiać i codziennie zmieniać ich odzież. Tak daleko idąca zapobiegliwość wynikała m.in. z faktu, że zgodnie z zapewnieniem premiera Cyrankiewicza z 5 września rozprawy miały mieć charakter jawny, co więcej ich przebieg pozwolono śledzić zagranicznym obserwatorom.
Tak jak zmieniał się termin rozpoczęcia procesów, tak też zmieniała się przewidywana liczba podsądnych. Początkowo śledczy przygotowali 51 procesów, w których zasiąść na ławie oskarżonych miało 135 osób. W niektórych sprawach, uznanych za szczególnie ważne, sporządzono nawet po 2-3 wersje aktów oskarżenia. Ostatecznie doszło jedynie do trzech procesów, w których miano sądzić tych, których wina wydawała się bezsporna i łatwa do udowodnienia. Czynnikiem dodatkowo obciążającym wielu z nich były wcześniejsze konflikty z prawem. Był to świadomy zabieg rządzących, chcących przedstawić najbardziej aktywnych uczestników Czerwca jako pospolitych bandytów. Ten zabieg miał też na celu rzucenie pośrednio cienia na całokształt robotniczego protestu.
Pierwszy ze wspomnianych procesów, zwany potocznie „procesem trzech”, rozpoczął się 27 września 1956 r. w budynku Sądu Wojewódzkiego w Poznaniu mieszczącym się u zbiegu ulic Marcinkowskiego i Solnej. Na ławie oskarżonych zasiedli: Józef Foltynowicz Kazimierz Żurek, i Jerzy Sroka. Zarzucono im współudział w napaści na funkcjonariusza organów bezpieczeństwa kaprala Zygmunta Izdebnego, który w skutek odniesionych obrażeń zmarł. Ponadto Żurkowi przedstawiono zarzut niszczenia akt urzędowych Prokuratury Wojewódzkiej i Sądu Powiatowego a Sroce niszczenie wyposażenia opanowanego przez demonstrantów więzienia.
Tego samego dnia, tj. 27 września rozpoczął się w tym samym budynku „proces dziewięciu”. Oskarżeni w nim zostali: Zenon Urbanek, Józef Pocztowy, Stanisław Jaworek, Ludwik Wierzbicki, Łukasz Piotrowski, Stanisław Kaufmann, Leon Olejniczak, Janusz Biegański, oraz Jan Suwart. Czterem pierwszym zarzucono, że dopuścili się „wraz z innymi, nie ustalonymi sprawcami gwałtownego zamachu na funkcjonariuszy organów BP znajdujących się w gmachu Wojewódzkiego Urzędu do Spraw Bezpieczeństwa Publicznego”, natomiast pozostałym przedstawiono zarzut udzielenie pomocy do „gwałtownego zamachu na funkcjonariuszy BP” poprzez dostarczenie broni i amunicji. Do aktu oskarżenia włączono ponadto sprawę zabójstwa Romana Strzałkowskiego i dwóch innych chłopców, mimo iż materiał zebrany w śledztwie nie pozwalał na sformułowanie zarzutów pod adresem podsądnych.
Ostatni z zaplanowanych procesów tzw. „proces dziesięciu” rozpoczął się 5 października. Na ławie oskarżonych zasiedli: Janusz Kulas, Mikołaj Pac-Pomarnacki, Roman Bulczyński, Władysław Kaczkowski, Hieronim Zielonacki, Marian Joachimiak, Antoni Klimecki, Jan Łuczak, Zygmunt Majcher, Zbigniew Błaszczyk. Oskarżono ich o cały szereg czynów, które nastąpiły w trakcie prowadzenia przez nich walki z żołnierzami LWP, funkcjonariuszami WUdSBP i akcji przeciwko placówkom MO.
Wydawało się, że oskarżonym we wszystkich trzech procesach mogą grozić bardzo surowe wyroki, tym bardziej, że byli oni sądzeni na podstawie małego kodeksu karnego z 1946 r., w myśl którego za zarzucane im przestępstwa groziła kara od 5 lat więzienia do dożywocia lub nawet kary śmierci. Pamiętając na czym polega „stalinowska sprawiedliwość” mieszkańcy Poznania byli pełni obaw co do losu oskarżonych. Niektórzy próbowali nawet, poprzez pisanie anonimów z pogróżkami do prokuratorów i sędziów lub akcję ulotową, wywrzeć presję na przedstawicieli Temidy. W tej akcji Poznaniacy nie byli odosobnieni. Zarówno przed rozpoczęciem procesów jak i w ich trakcie z zagranicy napływały liczne głosy postulujące uczciwe prowadzenie rozpraw i miłosierdzie dla oskarżonych. Przebieg zarówno „procesu trzech”, jak i dwóch kolejnych: „procesu dziewięciu” i „procesu dziesięciu” zaskoczył obserwatorów. Sędziowie odrzucili w nich zeznania złożone przez podsądnych w śledztwie pod wpływem bicia lub choćby obawy o pobicie. Pozwalali również adwokatom oskarżonych na składanie obszernych wyjaśnień, powoływanie biegłych, itp. Wspomniani biegli podkreślali psychologiczne uwarunkowania czynów których dopuścili się podsądni, zwracając uwagę na ich niestabilność emocjonalną spowodowaną młodym wiekiem oraz na ograniczoną poczytalność osób będących pod wpływem rozemocjonowanego tłumu. Ale na największe słowa uznania zasłużyli przedstawiciele poznańskiej palestry. Adwokaci stanowczo przeciwstawili się próbom prokuratorów, którzy próbowali oddzielić działania podejmowane przez oskarżonych od kontekstu wystąpień robotniczych, podkreślali pochodzenie robotnicze zdecydowanej większości podsądnych, wskazywali wszelkie luki w materiale dowodowym zgromadzonym przez śledczych. Krótko mówiąc starali się przedstawić, wbrew zabiegom prokuratorów, toczące się procesy w kontekście społeczno-politycznym. Była to taktyka o tyle skuteczna, że we wrześniu i październiku wyczuwało się już nadchodzące zmiany. W efekcie wyroki które zapadły zarówno w „procesie trzech” (Józef Foltynowicz i Jerzy Sroka 4 lata i 6 miesięcy więzienia, Kazimierz Żurek 4 lata więzienia), jak i w „procesie dziewięciu” (Zenon Urbanek, Stanisław Jaworek, Ludwik Wierzbicki 6 lat więzienia, Józef Pocztowy 3 lata więzienia, Janusz Biegański 2,5 roku więzienia, Łukasza Piotrowskiego na 1,5 roku więzienia, Stanisława Kauffmana na 2 lata w zawieszeniu na 5, ponadto Jana Suwarta i Leona Olejniczaka sąd uniewinnił) były znacznie niższe od spodziewanych. Warto dodać, że w przypadku „procesu dziesięciu” sędzia zamiast zapowiedzianego na 22 październik ogłoszenia wyroku najpierw proces wznowił w celu przesłuchania nowych świadków, następnie go odroczył a wreszcie zaniechał. Wpływ na taką postawę miało bez wątpienia wystąpienie Gomułki, który na VII Plenum KC PZPR stwierdził m.in., że: „przyczyny tragedii poznańskiej i głębokiego niezadowolenia całej klasy robotniczej tkwiło w nas, w kierownictwie partii, w rządzie”. Taka wykładnia dokonana przez pierwszą osobę w państwie de facto zamykała możliwość kontynuowania represji.

A
A+
A++
Drukuj
PDF
Powiadom znajomego
Wstecz